Massachusetts

poleć serwis drukuj
Barbara Kosmowska i...
L-P: proboszcz...

„Nie zmuszajmy dzieci do czytania!”

12-06-2017

Dlaczego, choć zalety czytania można wymieniać długo, nie warto na siłę przekonywać dziecka, by sięgnęło po książkę? Jak sprawić, by jednak połknęło bakcyla czytania? W jaki sposób poruszać z dzieckiem tematy trudne, np. dotyczące śmierci i czy w ogóle warto to robić? Jakie wartości powinna przekazywać książka, by stała się ponadczasowa? O tym „Biały Orzeł” rozmawia z Barbarą Kosmowską.

„Biały Orzeł”: Woli Pani pisać dla dzieci czy dla dorosłych?

Barbara Kosmowska: Świetne pytanie. Wszyscy sądzą, że łatwiej pisze się dla dzieci, bo przecież każdy z nas był dzieckiem, a poza tym dzieciom nie należy się wszystko. Jest to wielka nieprawda – dzieciom należy się wszystko! Znacznie trudniej pisze mi się dla młodzieży i dla tych mniejszych czytelników. Kiedy piszę dla dorosłych, jestem w „swoim” świecie – nie zmieniam języka, kokietuję moich bohaterów, czuję się jak na urodzinach u cioci Zuli. Zupełnie inaczej jest, kiedy wkraczamy na planetę tych, których nie znamy tak dobrze – i właśnie w ten sposób traktuję młodzież: jak pięknych nieznajomych, których trzeba poznać i o których trzeba więcej wiedzieć, niż wie nawet rodzic czy przyjaciel. Dlatego te książki piszę z większymi problemami, ale to jest prawdziwe wyzwanie. Trudniej się pisze dla młodzieży i uważam, że to prawdziwa sztuka napisać dla nich dobrą książkę.

Często spotyka się Pani z dziećmi, z młodzieżą szkolną. Czy podczas tych spotkań padło jakieś pytanie, które Panią zdziwiło, zaskoczyło albo w jakiś sposób wyjątkowo ucieszyło?

Wiele jest takich pytań. Są wśród nich takie, które mnie rozśmieszają – najczęściej dotyczą mojego wieku. Dzieci, które z natury są bezkrytyczne i szczere, kiedy dowiadują się, ile mam lat – a mam ich obecnie 59 – najpierw wpadają w przerażenie, a potem chcą mnie przeprosić, że tak bardzo żywiołowo zareagowały na tę liczbę, która w ich mniemaniu czyni człowieka nieżywym (śmiech). I to są pytania śmieszne, ponieważ mam dystans do siebie i do swojego wieku. Są też pytania wzruszające. Takim pytaniem było pytanie małej dziewczynki, która popatrzyła na mnie i zapytała o marzenia – jakie mam marzenia? Uświadomiła mi, że dawno nikt mnie o to nie pytał, to ja zadawałam to pytanie mojej córce, moim przyjaciołom, a sama jakoś tak przechodziłam przez życie bez konieczności mówienia o tym, czego tak naprawdę sama bym pragnęła. To było piękne pytanie, w dodatku zadane w czasie wigilijnym, więc dla mnie szczególnie istotne. Są też pytania, które mogą mnie wprawiać w konsternację, ale nie wprawiają, bo przecież piszę o młodzieży i wiem, w jakich żyjemy czasach. Pytania o kasę: „Ile pani zarabia? Czy to się opłaca?” – odzwierciedlające takie bardzo pragmatyczne podejście do życia, które stoi w ogromnej niezgodzie z moim wychowaniem.

Podobno interesuje się Pani literaturą z okresu pozytywizmu, który bywa czasem postrzegany jako jeden z bardzo przewidywalnych, żeby nie powiedzieć, że wręcz nudnych nurtów w literaturze polskiej. Co Panią w nim ciekawi?

Och, ja bardzo walczyłabym z tezą przewidywalności, a jeszcze bardziej z tezą nudziarstwa. Dzisiaj ta literatura może wydawać się nudna, bo i kanony odwoływały się do szerokich opisów i do często tendencyjnych wzorców pisania powieści, bo były to powieści pisane w czasie niewoli, one musiały kształtować charakter Polaków, wychowywać naszych rodaków w tych trudnych czasach, kiedy marzenie o niepodległości było równie trudno dostępne jak powieść napisana językiem ezopowym, czyli szyfrem, przekazującym jakąś ważną, narodową myśl. To jest jednak okres i literatura moim zdaniem bardzo nowoczesna. Pokochałam pozytywizm m.in. ze względu na Bolesława Prusa, który wyróżniał się wielkim sercem i był tożsamy z tym, o czym pisał. Kochał dzieci, potrafił pięknie zachować ich wizerunki w literaturze. Dbał o ludzi, o pewnego rodzaju piękną moralność. Był też człowiekiem niezwykle zawodowo pracowitym, nie tylko utalentowanym. To są kolejne wartości, które w pozytywistach podziwiam. Ale też sama epoka, która była bardzo demokratyczna, walczyła o pewnego rodzaju równość, o akceptowanie szeroko rozumianego humanizmu. Zawsze stanowiła dla mnie taki wzorzec, gdzie wprawdzie do głosu dochodził pragmatyzm, rzeczowość, praca organiczna, u podstaw, niemająca w sobie nic poetyckiego, ale jednak w tamtych czasach były to nie tylko hasła, ale i czyny, które pomagały ludziom odnaleźć się w szeroko pojętym realizmie tamtych czasów.

Dwie z Pani książek weszły do kanonu lektur szkolnych. Co Pani sądzi o tym kanonie? Czy powinno się wprowadzać do niego nowe, współczesne pozycje kosztem tych książek, które zaliczamy do klasyki literatury?

Jest mi nieco niezręcznie odpowiadać na to pytanie, bo nie chciałabym, aby ktokolwiek pomyślał, że bronię swojego miejsca w kanonie. Zresztą, było to dla mnie ogromne zaskoczenie, nie miałam żadnego wpływu na to i dowiedziałam się z trzeciej ręki o tym, że moje książki się w nim znalazły. Cieszę się, ale ostrożnie, bo mam świadomość, że miejsce w kanonie nie zachęca do czytania, sama byłam uczennicą. Ale skoro pytanie dotyczy tego, co powinny czytać nasze dzieci, odpowiem szczerze, jako miłośniczka literatury pozytywistycznej, że jednak moich współcześnie piszących kolegów i koleżanki – ludzi, którzy w tej chwili dostarczają dzieciom duchowego pokarmu, próbując zastąpić książką inne środki medialne, które książce zagrażają. Wiadomo, że komputer, internet w dużym stopniu odsunęły półkę z książkami na dalszy plan. Nie mamy nawyku czytania, żyjemy szybko, więc wolimy obejrzeć serial niż sięgnąć po książkę. Aby nasze dzieci zaczęły czytać książki, bo to najpiękniejszy snobizm i chyba też najlepsza lekcja nauki języka, musimy dawać im te książki, z którymi się utożsamią. Jestem jak najdalej od tego, by do kanonu były wprowadzone uświęcone patriotyzmem czy jakąkolwiek inną, nawet piękną ideą powieści, które jednak nie współgrają z wyobrażeniami dzieci. Dajmy im książkę o nich, książki, które rodziły się wraz z nimi, które dotyczą ich pytań o sens życia i o jutro, a nie pytań ich rówieśników z różnych innych półwieczy – to już są książki historyczne, zostawmy je więc studentom, z którymi się wspaniale rozmawia o tamtej literaturze, poszukując w niej źródeł piękna literackiego. Ale dzieci w książce powinny znaleźć wrażliwość, empatię i siebie i pomyśleć: „nie jestem sam!”.

Jak Pani myśli, dlaczego akurat książki Pani autorstwa zostały wybrane? Jakie wartości stara się Pani przekazać w swoich książkach młodemu pokoleniu?

Dlaczego zostały wybrane? Też się nad tym zastanawiałam i pierwsza moja myśl była taka, że obie te powieści mówią o wspólnej tematycznie i istotnej kwestii – o problemie utraty. „Dziewczynce z parku” umiera tata, który jest wielkim-nieobecnym, ale pojawia się symbolicznie w wyobraźni dziewczynki. Ten symbol i świadomość, że miłość czyni cuda i można kochać tatę po śmierci i być z nim związanym zawsze, dodaje dziewczynce radości i chęci, aby żyć. Druga powieść też mówi o utracie i to utracie miłości, której się wcześniej nie chciało – takie są perypetie głównej bohaterki. Bez wątpienia moje książki są jednymi z nielicznych, gdzie pozwoliłam sobie na rozmowy na najtrudniejszy z tematów. Napisać o śmierci można bardzo dobrze, bez zbędnych sentymentów, i tak właśnie chciałam to zrobić. A można ten temat uczynić sentymentalnym, łzawym, a przez to niezbyt wiarygodnym, co zawsze jest zagrożeniem, gdy sięgamy po tematy najważniejsze i zarazem najtrudniejsze. W tych książkach napisałam o śmierci tak, jak sama ją przeżywałam, bo jestem jedną z osób dotkniętych utratą wielu bliskich i może to także sprawiło, że inaczej rozumiałam tę kwestię. Jedno jest pewne – kiedy pisałam te książki, wiedziałam, że nie będą popularne. Nie pisałam ich dla pieniędzy, ani dla popularności, bo przecież wiele osób uważa, że dzieci zawsze powinny się śmiać, cieszyć i być jak najdalej od spraw ostatecznych, bo one przecież kiedyś same nadejdą. Otóż nie – w dzieciństwie nieraz lepiej rozumie się skomplikowane życie i jego złożoność. I jeśli dziecko będzie przeświadczone o tym, że różnie w życiu bywa, to potrafi swoją empatią i wrażliwością ocalić niejeden piękny moment w naszych relacjach, mając świadomość, że nie jest to temat, którego należy unikać, a wręcz przeciwnie – że można o tym rozmawiać, że nawet trzeba rozmawiać. Być może właśnie niepopularność tej tematyki zdecydowała o wyborze do kanonu. To swoisty paradoks – choć pisałam je nie z myślą o sławie, to właśnie one sprawiły, że moje nazwisko jest bardziej rozpoznawalne.

Wbrew pozorom dzieci też przeżywają problemy dorosłych, z kolei rodzice często nie wiedzą, jak wytłumaczyć dziecku te trudne kwestie związane z utratą bliskiej osoby, z rozwodem itp. Na rynku brakuje literatury na ten temat...

Mam w sobie tę wrażliwość dziecięcą i znam ten sposób myślenia. Wykształciłam go sama będąc dzieckiem wrażliwym, które z niepokojem patrzyło na zmiany w życiu. To pozwala mi opowiadać o tych sprawach szczerze, serdecznie, ale też bardzo delikatnie, bo uważam, że to są tematy, po których trzeba „chodzić szeptem”. Temat śmierci jest też osnową licznych wątków w „Niezłym ziółku”, gdzie mój bohater próbuje zrozumieć odejście babci. Udaje mu się to, bo miłość zawsze jest najważniejsza i siła sprawcza tego uczucia tak wiele dobrej energii wyzwala w dzieciach, że one sobie często lepiej radzą w takich sytuacjach niż my. Zdarza się, że ktoś czyni mi wyrzuty, że po co poruszam taką tematykę, mówi, że nie chce takiej książki, bo to ich dziecka nie dotyczy. Odpowiadam wtedy, że to nie jest książka o ich synu, córce czy wnuczce, ale o dziecku, które przeżywa stratę. I jeśli ktoś z kolegów lub koleżanek straci bliską osobę, to ta książka pozwoli zrozumieć dziecku, przez co oni przechodzą. My też przecież wychowaliśmy się nie na przygodach jakiegoś bohatera o śmiesznym imieniu, którego życie jest bezproblemowe i pełne radości. Moje pokolenie wyrosło na takich książkach jak „Chata wuja Toma”, „Chłopcy z Placu Broni” itd. – to są te książki, po których lekturze byliśmy dojrzalsi, które na zawsze w nas zostały. Uważam, że na nowo musimy nauczyć się czytając przeżywać to, co jest kawałkiem naszego wspólnego życia i doświadczenia.

Cała nasza rozmowa dotyczy poniekąd tego, jak wartościowe jest czytanie książek, ale jakie główne zalety czytania Pani by wskazała? Spróbujmy zrobić taką reklamę czytania!

Z przyjemnością, poniekąd zajmuję się tym zawodowo (śmiech)! Nie ukrywam, że to moja największa pasja – nie pisanie, ale właśnie czytanie. Trzeba czytać, żeby móc zrozumieć drugiego człowieka i świat. Brzmi to pozornie w sposób szkolny, czytanie nie ma jednak być nauką przedmiotu, ale ma być swoistą nauką wrażliwości, możliwością spotkania w książce kogoś, z kim się utożsamimy i kto pozwoli nam samym lepiej o nas myśleć. Czytanie sprawia, że – niezależnie od tego, czy czytamy dobrą, czy nieco gorszą literaturę – nagle, niejako nieświadomie, stajemy po stronie języka, poznajemy jego piękno, bo zwykle książki piszą ludzie, którzy językiem posługują się jako najsprawniejszym narzędziem. Znajomość własnego języka i umiejętność komunikowania się nim z innymi jest moim zdaniem niedocenionym skarbem współczesnych rodzin, które nie mają czasu ze sobą rozmawiać, które nie potrafią rozumieć niuansów. Książka uczy nas także języka pogody ducha, języka przystawalnego do naszych problemów i pozwalającego nam te problemy rozwiązać, a zatem pełni niejako rolę mediatora w trudnych relacjach rodzinnych. Kiedy nasze dzieci czytają książki, możemy być spokojni o ich wyobraźnię. Z książką nie są samotni. I jeszcze ten piękny snobizm – jestem mądralą, czytam, poświęcam swój czas tym, którzy zobaczyli świat inaczej i próbuję ten świat w jakiś sposób dopasować do mojego – w ten sposób mój świat się rozszerza. Przeżyć, emocji, zachwytów, rozczarowań jest tyle, ile słów, tylu, ilu jest bohaterów. Czytanie pozwala nam wspinać się na wyżyny artyzmu literatury, bo za każdym razem będziemy bardziej wymagający. Wreszcie poznamy tych, którzy dla pisania poświęcili życie, ale zrobili to ze świadomością, że w ten sposób ratują czyjeś życie.

Czytanie polskich książek jest też bardzo ważne dla dzieci dwujęzycznych.

To zagadnienie jest mi bliskie, bo moja wnuczka jest dwujęzyczna – mówi po polsku i po fińsku. Uważam, że książka pozwala dziecku odnaleźć ojczyznę nawet lepiej i pełniej niż polska szkoła na obczyźnie, działająca zaledwie jeden dzień w tygodniu. Książka może być taką „podręczną szkołą”, z którą się śpi, którą się ma na co dzień.

Czy zatem jest szansa na to, że Pani następna książka będzie dwujęzyczna?

Jeśli tylko mogłabym uszczęśliwić dzieci dwujęzyczne, to z największą przyjemnością ją napiszę, także z sympatii dla Polonusów, u których czuję się jak u siebie.

W dzisiejszym świecie, pełnym technologicznych nowinek, zainteresować dziecko lub nastolatka książką to niełatwe zadanie. Co zatem powinna „mieć” książka, żeby zainteresowała młodego odbiorcę – jakim językiem powinna być pisana, jakie tematy powinna poruszać?

To pytane chyba zadają sobie wszyscy debiutujący pisarze, którzy chcą pisać dla młodzieży. Trudno jest oszukać młodzież albo ją zbyć. Trzeba się naprawdę mocno wczuć w ten nurt pisarstwa. Nie możemy mówić językiem młodzieży, bo to by było tak, jakbyśmy udawali, że jesteśmy jednym z nich. Nie możemy odwoływać się do przykładów i kar, bo nie jesteśmy szkołą ani rodzicami. Pisarz, który pisze dla młodzieży, musi stać się ich przyjacielem. Musi odbyć jakąś taką podróż w głąb siebie, odszukać w sobie te pokłady wrażliwości. Ja szukam zawsze takiej młodej, zakompleksionej Basi, niepewnej, szukającej dobrego rozwiązania, mającej dylematy moralne. Codziennie stajemy przed takimi dylematami. Mądry autor korzysta z tych doświadczeń i dzieli się nimi z czytelnikami, stając się jakąś egzemplifikacją czytelnika. Oczywiście książka szybko się starzeje, a technologie wciąż stają się nowsze, ale dobrą książkę poznamy po tym, że nawet jeśli „dekoracje” się zmienią, ale problemy zostaną opisane właściwie, to my tę książkę przeczytamy nie patrząc na to, że bohaterka ma niemodne już adidasy lub starą wersję iPhone’a. Będziemy szukać w powieści tego, co jest ważne, czyli uczuć i wrażeń. Dzięki temu książki stają się ponadczasowe.

W jaki sposób rodzice lub nauczyciele mogą zachęcać swoje dzieci do czytania? Wszelkie rady mile widziane!

To jest problem chyba ogólnoświatowy (śmiech). Przede wszystkim dzieci nie można zmuszać do czytania tego, co czytaliśmy sami. Dzieci mają prawo szukać „swoich” książek, nawet jeśli nam wydają się one gorsze. Nie wymagajmy od nich, aby wzruszało je to, co kiedyś wzruszało nas. One żyją już w innym świecie. Nie warto zmuszać do czytania i tylko pilnować, by przeczytały lekturę. Warto z nimi pobuszować po bibliotece czy księgarni, szukać książki, która im się spodoba. Dzieci muszą też wiedzieć, że owszem, trzeba dać każdej książce szansę, ale nie muszą jej kończyć, jeśli im się nie podoba. Jeśli znajdą wreszcie tę właściwą, to potem sięgną po następną i następną – i wtedy możemy być spokojni, że nasze dziecko połknęło bakcyla i będzie czytać.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Barbara Bilińska Bolec


Barbara Kosmowska to polska filolożka i pisarka. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Przez krótki czas była nauczycielką języka polskiego w Bytowie. W roku 1999 na macierzystej uczelni gdańskiej obroniła pracę doktorską zatytułowaną „Pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. O powieściopisarstwie Zofii Urbanowskiej”. Praca ta, dotycząca literatury polskiego pozytywizmu skierowanej do dzieci i młodzieży, dostała wyróżnienie Summa cum lauda. Obecnie pracuje na stanowisku adiunkta Zakładu Historii Literatury Romantyzmu i Pozytywizmu na Wydziale Filologiczno-Historycznym Akademii Pomorskiej w Słupsku. Jeśli chodzi o twórczość literacką, debiutowała jako licealistka, jednak jej pierwsza powieść pt. „Głodna kotka” została wydana w 2000 r. Jest autorką licznych książek dla dzieci i młodzieży. Jej książka „Dziewczynka z parku” jest lekturą obowiązkową dla klas I-III, a „Pozłacana rybka” znalazła się na liście lektur uzupełniających dla dwóch ostatnich klas szkoły podstawowej. Barbara Kosmowska jest także autorką słuchowisk dla dzieci i młodzieży.

wróć

Fotorelacje

Wiceminister rozwoju Tadeusz Kościński w USA

– To była krótka, ale bardzo intensywna wizyta – mówi o pobycie wiceministra rozwoju Tadeusza Kościńskiego na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych konsul Sabina Klimek z Wydziału Handlu i Inwestycji Konsulatu Generalnego RP w Nowym Jorku. W dniach 19-22 listopada minister odbył w Bostonie, Nowym Jorku oraz Waszyngtonie szereg spotkań z inwestorami oraz przedstawicielami administracji amerykańskiej. Fot. Marcin Bolec

zobacz inne galerie

Galerie Video

Jasełka w Webster

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia wieńczy Niedziela Chrztu Pańskiego. Uroczystość ta w bieżącym roku przypadła w niedzielę 10 stycznia. Uczniowie i nauczyciele Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii św. Józefa w Webster wybrali ten właśnie dzień na zaprezentowanie tradycyjnych polskich jasełek.

zobacz inne filmy

Realizacja: IdeoPowered by: CMS Edito

Wszelkie prawa zastrzeżone dla BiałyOrzeł24.com